niedziela, 5 sierpnia 2007

Już sam nie wiem...

Pisałem kilka dni temu, że kupujemy działkę... Tymczasem sprawa nie wygląda tak prosto. Jak to na wsi... Tu nic nie jest proste...

We czwartek mieliśmy zadzwonić do sprzedającego (nazwijmy go panem W., dla uproszczenia), umówić się na konkretną datę, żeby odwiedzić notariusza. Jak tylko zadzwoniliśmy, powiedział, że właśnie próbował do nas zadzwonić. Bo okazało się, że jego siostra sprzedała komuś wcześniej tę działkę i on nie miał nic do powiedzenia. Powiedział jednak, że czuje się w obowiązku nam jakąś działkę znaleźć. Mówił o dwóch. Jedna miała mieć 6 000 m2 i być pod lasem (nieopodal tej pierwszej działki), druga miała mieć 3 700 m2 i kosztować znacznie mniej, rzędu 25 000 PLN. Miała być w sąsiedniej miejscowości. W zasadzie w sąsiedniej wiosce, w obrębie innego sołectwa.

Oczywiście bardziej spodobała nam się ta druga działka. Choćby z tego względu, że nie potrzebujemy olbrzymiej działki...

Pojechaliśmy więc z panem W. do pana J., który sprzedawał tę drugą działkę. Po drodze zatrzymaliśmy się koło niej. Pierwsze wrażenie? Zarośnięty kawałek łąki. W środku działki miało być jeziorko, ale nie było go widać. Po prostu jeden wielki kawał zielska...
Rzuciliśmy okiem i pojechaliśmy do pana J. Powiedział, że chce 25 000 PLN i że nie ma dla nas czasu. Umówiliśmy się więc na dzisiejsze, niedzielne popołudnie. Rozmawialiśmy krótko, wspomniał, że nie ma czasu, że ma dużo interesantów. Powiedzieliśmy, że jesteśmy zdecydowani, Ani się palnęło, że gotowi jesteśmy dać nawet 30 000 PLN, jeśli będzie taka potrzeba. Troszkę ją za to opieprzyłem, ale teraz nie żałuję, że to powiedziała.

Po wizycie u pana J. pojechaliśmy do Rafała, brata Ani. Mieszka on pomiędzy pierwszą a drugą działką, w kolejnej miejscowości. Powiedział, że sąsiednie domy w stosunku do tej działki, którą się interesowaliśmy, są często okradane. Nic dziwnego, mieszkają tam "Warszawiacy", działkowicze. A skoro działkowicze, to trzeba ich okradać. Ot, taka mentalność.

Dziś pojechaliśmy do pana J. W pierwszej kolejności postanowiliśmy zatrzymać się na działce. I obejrzeć ją. Dojść w głąb aż do samego końca. Obejrzeć staw. Był pewien kłopot, bo działka jest cała zarośnięta olbrzym zielskiem. No ale cóż, co sobie zamierzyliśmy, trzeba było zrealizować. No...przynajmniej spróbować...

Nie daliśmy rady. Doszliśmy do połowy, zawróciliśmy z miejsca, w którym chaszcze mnie przerosły. Dosłownie.


Następnym razem wybierzemy się tam z kosą...

Zauważyłem, że na sąsiedniej działce są lokatorzy. Poprosiłem więc zobaczonego tam gościa aby poświęcił nam chwilę. Powiedziałem, że przymierzamy się do kupienia działki. Porozmawiał z nami, opowiedział kilka słów na temat historii z miedzą o tym będzie w szczegółach później, o podłączeniu prądu, o włamaniach. Pokazał nam swoje fantastyczne jeziorko, pokazał koniec swojej działki (żebyśmy zorientowali się, jak z grubsza długa jest nasza działka), oprowadził po nowowybudowanym domu. Zaprowadził nas na piętro, stamtąd ma piękny widok na swoje jeziorko, ale i kawałek naszej działki było widać. Dokładniej było widać to:



Miałem opisać co na tym zdjęciu widać, ale...sam nie wiem... Więc nie opiszę. Teraz kilka słów na temat położenia działki. Jest na takim małym spadku od drogi w stronę rzeki. Południe jest idealnie w stronę drogi, północ w stronę rzeki. Więc zdjęcie było wykonane w kierunku północno-wschodnim. Tak na oko ma dwadzieścia kilka metrów szerokości. To najważniejsza cecha, bo ten wymiar ma znaczenie przy wybieraniu projektu domu. Do szkoły (podstawowej) jest niecały kilometr, do sklepu troszkę dalej. To istotna informacja, bo kiedyś dzieci mieć będziemy. W każdym razie podziękowaliśmy sympatycznemu Warszawiakowi i pojechaliśmy do pana J.

Na miejscu musieliśmy trochę poczekać aż pojadą sobie jacyś jego goście. Potem dłuuugo porozmawialiśmy o historii tej i sąsiednich działek oraz wszystkich innych w okolicy. Dowiedzieliśmy się, że w sobotę rozmawiał z nim inny kupiec, pan X. Chciał dać za tę działkę 50 000 PLN...

Tu dygresja. Działka pana J. ma cztery granice. Jedna jest z bardzo sympatycznym Warszawiakiem. Druga to rzeka, trzecia to droga. I czwarta, z jakąś panią. O ile się nie mylę jest to pani K. Działka pana J. jest źle wymierzona przez geodetkę. Należy się więc postarać o odnowienie granic czy coś takiego. Sprawa przy odrobinie szczęścia da się załatwić bez pośrednictwa sądu. Ale na to liczyć nie należy. W końcu to wieś... Tu nic nie jest proste...

A więc pan X. gotów był dać za działkę 50 000 PLN. ALE pod warunkiem wyprostowania sprawy miedzy z panią K. Pan J. ma kłopoty ze zdrowiem (jest inwalidą i ma bardzo kiepski wzrok), więc mu się niespecjalnie uśmiechało załatwiać tych wszystkich spraw, które mają trwać tak około pół roku (jak pan J. mówi).

Dowiedzieliśmy się też dziś, że działkę od pana W. kupił nie kto inny a pan X. Za więcej pieniędzy niż my się z nim umówiliśmy... Więc wychodzi na to, że nas po prostu okłamał. Wcale mnie to nie dziwi, pieniądze robią ludziom wodę z mózgu. Zwłaszcza, że... to jest wieś, a tu nic nie jest proste...

Okazało się, że od piątku działka pana J. zdrożała. Naprawdę dłuuugo nad tym się zastanawiał. My na początek podtrzymaliśmy piątkową ofertę 25&nbs;000. Pomyślał, policzył, odjął od oferty z soboty 10 000 za fatygę z ustalaniem granicy. Ja powiedziałem, że 32 000 PLN jest dla nas kwotą do zaakceptowania. Stanęło na 35 000. Umówiliśmy się na środę żeby zawieźć mu (w zasadzie to nie jemu, bo działka jest jego córki, kolejny kłopocik...) 10 000 PLN zaliczki. Do tego czasu sprawdzimy, czy faktycznie na tej działce można się bez kłopotu zbudować. I na tym dyskusja się zamknęła. Pojechaliśmy do domu.

Jeśli działkę kupimy, podam tu więcej szczegółów. Na razie nie podaję nawet nazw miejscowości, bo jak się okazuje, działkę kupić jest trudno a chętnych wielu...

Brak komentarzy: